RockSerwis.FM
/ftp/6/244/[147956]_riverside_life_syndrom.jpg
Second Life Syndrome
 
średni czas realizacji: od 7 do 30 dni 
 
31.10.2005
CD 33.89 zł
 
 
 
 
1. After 3:31
2. Volte-Face 8:40
3. Conceiving You 3:39
4. Second Life Syndrome 15:40
5. Artificial Smile 5:27
6. I Turned You Down 4:34
7. Reality Dream III 5:01
8. Dance With The Shadow 11:38
9. Before 5:23
 
Mariusz Duda - wokal, gitara akustyczna, bas
Piotr Grudziński - gitara
Piotr Kozieradzki - perkusja
Michał Łapaj - klawisze

 

Klienci, którzy kupili ten artykuł, wybrali też:


  • RIVERSIDE
    Reality Dream Trilogy (6CD) (digipak)

  • RIVERSIDE
    Out Of Myself

  • RIVERSIDE
    Voices In My Head

  • ALBION
    Wabiąc cienie

  • ALBION
    Broken Hopes

  • MINDFIELDS
    One

  • JOPEK, ANNA MARIA
    Farat (DVD)

  • MOONRISE
    Soul's Inner Pendulum (digipak)

  • RIVERSIDE
    Shrine Of New Generation Slaves (2CD mediabook)

  • RIVERSIDE
    Anno Domini High Definition (CD+DVD limited edition) (digipak)

  • AFTER...
    Hideout

  • MOONRISE
    The Lights Of A Distant Bay

  • RIVERSIDE
    Reality Dream (2DVD)

  • ALBION
    Indefinite State Of Matter

  • NEMEZIS [PL PROG]
    Nemezis
 
 

Można śmiało powiedzieć, że to jeden z najlepszych zespołów na polskiej (i nie tylko) rockowej scenie. Zachwycił (nie tylko w kraju) pierwszą płytą „Out of Myself”. Czy drugi album tej formacji jest równie dobry? Nie przekonasz się, póki nie posłuchasz...

Riverside jest zespołem, który powstał w 2001 roku. Debiutancki album „Out Of Myself” trafił do sprzedaży zarówno w Polsce, jak i poza granicami kraju, by bez względu na szerokość geograficzną spotkać się z bardzo ciepłym przyjęciem. Riverside doceniono na przykład w Ameryce Południowej. „Out of Myself” została albumem miesiąca w brazylijskim zinie internetowym Progressive Rock & Progressive Metal. Na drugiej płycie muzycy prezentują nam dziewięć utworów. Dwa z nich mieliśmy okazję poznać na wcześniej wydanej EP-ce „Conceiving you”.

SLS to druga część trylogii, która zaczyna się PO wydarzeniach zawartych na OOM, a kończy PRZED rozpoczęciem trzeciej odsłony historii. W pierwszej części (OOM) bohater próbuje wydostać się ze swojej skorupy, próbuje odnaleźć się w normalnym świecie z kochającą go osobą u boku. Nie udaje się... Wraca więc do swojej samotni, gdzie odnajduje wewnętrzny spokój...

Na drugiej płycie postanawia zrobić coś ze swoim życiem, coś w nim zmienić, dokonać jakiejś rewolucji. Stąd też tytuł płyty... SLS ma dwa wątki. Pierwszy to przemiana bohatera z człowieka słabego w pewnego siebie i świadomego własnej wartości; drugi to sukcesywne pozbywanie się przeszkadzających w tej przemianie złych wspomnień.

Kiedy bohater pozostawia przeszłość za sobą, kiedy "wykasowuje" wspomnienia (Before), kiedy już czuje, że się zmienił, zadaje sobie na końcu pytanie, czy tak naprawdę dotarł do miejsca o które mu chodziło i czy tego właśnie chciał...

Odpowiedź poznamy na... kolejnym albumie Riverside.

www.riverside.art.pl

 
 

RECENZJE

Żeby nie było wątpliwości, dla tych, którzy po przeczytaniu krótkiego tekstu poniżej zechcieliby wejść mi na głowę i ją stratować."Second Life Syndrome" to dobra płyta. Ale... tylko dobra i w dodatku słabsza od pierwszej. No właśnie - ja nie bardzo wiem co się dzieje z polską, a także światową czołówką. To co cieszyło niesamowicie w "OOM", oprócz profesjonalizmu muzyków, to pewien dość oryginalny klimat. Debiut Riverside wyróżniał się (wg mnie rzecz jasna) specyficzną melodyjnością i ciekawym wykorzystaniem pewnych chwytów aranżacyjnych - niby nic nowego, a nie można bynajmniej powiedzieć, że "OOM" to taka typowa progresywna płyta w stylu Pendragonów, Flower Kingsów i wszystkich innych, podobnie grających (czytaj "nudzących" zespołów) - generalnie "OOM" to strzał w dziesiątkę. Po przesłuchaniu singla "Conceiving You" ucieszyłem się niesamowicie, bo to naprawdę dobre kompozycje, doszedłem do wniosku, że jest olbrzymia szansa na powtórzenie sukcesu, "SLS" kupiłem "na pniu" i... Przy drugim podejściu coś jest jednak nie tak... Mam wrażenie, że znów mam do czynienia z pewną specyficzną powtórką z rozrywki. Po pierwsze, gdzieś się podziały ładne melodie, pewnie dlatego, że jak kapela progresywna nagrywa coś melodyjnego to jest to "jeszcze niedojrzałe"- nie na całym albumie i owszem, ale połowa płyty to schemat powielany przez wiele zespołów z kręgu muzyki progresywnej (jak ja nie lubię tego słowa) - dużo dźwięków, mało muzyki tak jak np. Dream Theater, który w całej swojej genialności potrafi schrzanić pół płyty poprzez bezmyślne wystukiwanie pasaży, gam i różnych innych ćwiczeń technicznych - taki mały przerost formy nad treścią. Sprawa druga: Riverside chyba troszkę za mocno wziął sobie do serca nowy styl jeżozwieży z ich "cudownej" ostatniej płyty - najpierw trochę monotonnych niby-ostrych riffów i niby-ostrego grania, a potem ckliwy refrenik. I tak w kółko. A potem wszyscy pieją z zachwytu jakie to wspaniałe i nowatorskie. Taki quazi-metalowy Blackfield. Cóż więcej mogę napisać - niezła płyta, ale trochę za bardzo monotonna i żałuję, że nasi mistrzowie nie nagrali płyty równie dobrej, jak debiutancka. Miało być mocniej, dojrzalej zapewne, a w zamian za to... hmm, wg mnie się nie udało.

Acha jeszcze jedno. Drodzy Oburzeni tym co napisałem, bo "jakże to przystoi krytykować nowy album naszego najlepszego zespołu progresywnego" - to tylko moja prywatna opinia - nie należy mnie za nią deptać... A to się czasem zdarza w recenzjach nadsyłanych do Rock Serwisu. Trochę tolerancji ;)

/Konrad H/

__________________________________________________

Zespołowi Riverside udała się niesamowita sztuka. Na nowej płycie słychać wyraźnie, że to nadal ten sam zespół, ale jednocześnie brzmienie nowego materiału jest czymś innym w stosunku do płyty "Out of Myself". O ile pierwsza płyta była bardziej sterylna (tzn. każdy instrument miał wyraźnie swój wydzielony plan), o tyle na nowym krążku brzmienie jest zdecydowanie bardziej wymieszane, a poszczególne płaszczyzny dźwiękowe wzajemnie się przenikają. Muzycy wyraźnie większy nacisk położyli na aranżację i konstrukcję kompozycji, niewiele motywów "wpada" od razu do ucha. Płyta zdecydowanie wymaga wsłuchania się. I poświęcenia dużej ilości uwagi - dopiero wtedy uda nam się docenić wielką pracę, jaką wykonała czwórka panów "znad brzegu rzeki". Całość pięknie wydana i w rewelacyjnej cenie...czego chcieć więcej? Chyba kolejnej, znakomitej płyty!

/Piotr Sz./

_________________________________________________

Na debiutanckim krążku Riverside "Out of Myself" uwagę przykuwały dwie wyśmienite kompozycje, otwierająca wielowątkowa "The Same River" oraz przepiękna balladowa perełka "In Two Minds". Resztę (jak dla mnie) "można włożyć pomiędzy bajki". O ile w większych fragmentach, płyta ta w pewnym sensie zadurzona była jeszcze w klasyce polskiego art rocka, zarówno tego sprzed dekady (Collage), jak i z okresu Muzyki Młodej Generacji (Układ), o tyle nowa odsłona Riverside to już zupełnie nowa jakość, powiedziałbym europejska, światowa. Początkowo miałem niemały problem z przebrnięciem całej zawartości albumu, ale znalazłem do niego swój klucz - zacząłem osłuchiwać się z "Second Life Syndrome" pomijając kompozycje piątą i siódmą (które nb. wydają mi się najmniej wartościowe na całej płycie). Wsłuchiwałem się więc cierpliwie i po jakimś czasie uległem oczarowaniu. To co do mnie wreszcie dotarło, a było jakby zakryte "przed moim wzrokiem", to niebanalne melodie i niesamowity klimat kompozycji. Osią płyty są trzy wspaniałe, z epickim rozmachem skonstruowane kompozycje: "Volte-Face", "Dance with the Shadow" oraz kompozycja tytułowa. Reszta wspaniale uzupełnia płytę, jeszcze bardziej uwypuklając jej dramaturgię i koloryt. Jedyne, co chciałbym dodać od siebie, to mała uwaga do gitarzysty - Piotrek unikaj w przyszłości w swoich solówkach takich tandetnych pozytywkowych melodyjek jak np. ta w "Volte-Face" (tak mniej więcej od 2:28 do 2:41). Nie będę dalej rozbierał płyty na czynniki pierwsze oraz tropił inspiracji i porównań, jak choćby to z "Shine On You Crazy Diamond", dodam tylko, że "SLS" to znakomity i wysmakowany album. Szkoda może tylko, że Riverside nie miał możliwości realizować go w najlepszych europejskich studiach nagraniowych, by dynamiką i selektywnością brzmienia mógł rywalizować z ostatnimi produkcjami Dream Theater, Pain of Salvation, Lacrimosa czy Opeth. Z niecierpliwością czekam na kolejna odsłonę...

/Jacek/

__________________________________________________

Żeby wszystko było jasne: nie wszyscy pieją z zachwytu na dokonaniami Riverside i ja również należę do tego (wąskiego) grona. Nie są istotne inspiracje, nawiązania czy kopiowanie czyichś pomysłów. Nawet pierwszy pra-muzyk, który wziął do ręki gałąź i zaczął okładać nim pusty konar, w celu wydobycia zeń dźwięków, nie stworzył niczego orginalnego: kopiował po prostu ogdłosy przyrody. Podobnie jest w muzyce współczesnej - ktoś kogoś inspiruje i Riverside nie jest tu wyjątkiem. Śledzę dokonania Riverside i największy zarzut jaki mogę postawić to to, że od 2 czy 3 lat muzycy nie zrobili nawet najmniejszego kroczka do przodu. Wszystkie nagrania, które ukazały się w ciągu tego czasu, mogły spokojnie znaleźć się na jednym, debiutanckim, dwupłytowym albumie. Jedno z dwojga: albo 3 lata temu Riverside nagrał pokaźny materiał, którym będzie nas raczył na kilku kolejnych płytach, albo jest tak zadowolony z sukcesu debiutu, iż postanowił proponować utwory "w sosie własnym" "Out of myself". (Jest jeszcze trzecia możliwość, która najmniej mi się podoba: potencjał twórczy zespołu wyczerpał się.)

/Kefas de Merciful/

_________________________________________________

Płyta absolutnie genialna i wspaniale różna od pierwszej. Śmiało powiem, że tak energetyczny debiut jeśli chodzi o nowy zespół ostatnio miał miejsce gdy TSA wydało "LIVE". Absolutna rewelacja na polskim rynku muzycznym, trzeba mieć !!!

/Łukasz.M/

__________________________________________________

Niespełna dwa lata przyszło czekać sympatykom Riverside na drugi pełnowymiarowy album grupy. Po wydanym w grudniu 2003 roku debiutanckim krążku "Out Of Myself" apetyty słuchaczy były mocno rozbudzone, zważywszy, że kolejna płyta miała być tekstową kontynuacją poprzedniczki. Od dłuższego czasu wiadomo już, że cała historia będzie trylogią, a "Second Life Syndrome", nowe dzieło warszawskiego kwartetu, jest jej środkową częścią. Można powiedzieć, że dwie podstawowe obietnice muzyków odnośnie nowego krążka zostały spełnione. Mamy tekstowy koncept będący kontynuacją konceptu z "Out Of Myself", i mamy zdecydowanie mocniejsze muzyczne oblicze zespołu. Jeśli jeszcze początek albumu bardziej hipnotyzuje najpierw intrygującym szeptem, a potem rytmem i fantastyczną wokalizą Mariusza Dudy (delikatne skojarzenia z "Passion" Gabriela będą tu chyba na miejscu) to dalsza zawartość albumu jest już bardziej siarczysta, momentami z silnym metalowym piętnem. W gitarowych partiach Piotra Grudzińskiego więcej jest nerwu niż znanych z debiutu melodii. Perkusista Piotr Kozieradzki gra mocno, nieschematycznie, a klawiszowiec Michał Łapaj obok ładnych, delikatnych pejzaży, których jest mniej niż na poprzednim wydawnictwie, często grywa melodie mroczniejsze ("Dance With The Shadow"), partie pulsujące drapieżną energią (końcówka "Volte-Face"). Z kolei trzymającemu całość w basowych ryzach, wokaliście Mariuszowi Dudzie częściej zdarza się wrzasnąć. Reprezentacyjnym utworem dla całości jest najdłuższy na płycie kawałek tytułowy. Trwający ponad kwadrans, składający się z trzech części "Second Life Syndrome" to niczym przegląd emocji drzemiących w Riverside. Całość zaczyna mroczny, delikatny klawisz i liryczna zagrywka gitary, do której niebawem dołącza sekcja rytmiczna, i zespół już w komplecie nabiera przyspieszania. Wszystko szybko zazębia się i prowadzi do pierwszego fragmentu wokalnego. Krótkie solo na basie i słyszymy głos Dudy przeplatający się z rwanym riffem gitary, a na końcu tej części utworu czeka znakomity, melodyjny refren. Druga odsłona zatytułowana "Secret Exhibition" to zdecydowanie spokojniejsze dźwięki, zespół tu na kilka minut wyraźnie zwolni, by w ostatnim, instrumentalnym fragmencie ("Vicious Ritual") znów przyspieszyć. Znakomity jest też "Dance With The Shadow". Pełen dramaturgii i zmian nastrojów prawie dwunastominutowy kawałek podobnie, jak utwór tytułowy zaczyna się bardzo spokojnie, klawiszowym pejzażem i podniosłym śpiewem Dudy. Klimat diametralnie zmienia się wraz z dynamicznym wejściem perkusji. Przez następne minuty zespół umiejętnie bawi się nastrojem, dysponując spokojem i nerwem, na przemian to cichnąc to wybuchając. Kapitalną robotę robi tu klawiszowiec Michał Łapaj, momentami tworząc przyjazne tło, by po chwili wydobyć ze swoich instrumentów dźwięki rodem z horroru. Nie inaczej Piotr Grudziński raz snujący przyjemne solo, raz serwujący cięte riffy. Cały utwór oczywiście utrzymany jest w nieszablonowych rytmicznych ryzach Piotra Kozieradzkiego i Mariusza Dudy. Mimo, że wahadło przesunęło się bardziej w stronę grania cięższego, gęstszego i mroczniejszego pewna równowaga została zachowana, i na krążku nie brakuje spokojniejszych fragmentów. Miłym ukojeniem jest trzy i półminutowy "Conceiving You", umieszczony na płycie tuż po bardzo mocno zakończonym "Volte Face", jakby specjalnie dla kontrastu. Za spokojniejszy fragment można uznać także "I Turned You Down", w którym gitara Grudzińskiego snuje melodie w stylu tych znanych z "Out Of Myself" i mini albumu "Voices In My Head". Ciekawym nawiązaniem do debiutu jest umieszczenie trzeciej części "Reality Dream", instrumentalnej fantazji opartej na chwytliwym riffie basu i melodii klawiszowej. Tak jak w przypadku całego krążka, "Reality Dream III" jest ostrzejszy, jakby bardziej demoniczny niż jego dwaj poprzednicy. Album kończy utwór "Before", który brzmi początkowo podobnie do swojego odpowiednika na poprzedniej płycie ("Ok"), jednak w odróżnieniu od niego rozkręca się po dwóch minutach, przeradzając się, w dużej mierze za sprawą gitary Grudzińskiego, w rzecz dość hipnotyzującą. Tytuł "Before" (przedtem) jest chyba wyciągnięciem ręki w stronę trzeciego albumu, który pociągnie całą historie zapewne na nowe terytoria fabularne i muzyczne. Różnice między "Second Life Syndrome" i "Out Of Myself" umiejętnie oddają ilustracje na okładkach krążków. Obraz na nowym wydawnictwie jest utrzymany w podobnej kolorystyce, co ten z debiutu, jednak jest bardziej surrealistyczny, ostrzejszy. Jeśli w przypadku "OOM" mieliśmy ilustracje ciemną, ale raczej gładką, tak obraz z "SLS", przedstawiający dwie postaci z dziwnymi głowami, jest nieco schizofreniczny. Właściwie trudno powiedzieć czy "Second Life Syndrome" jest zdecydowanym krokiem naprzód Riverside, czy tylko pokazuje inne, tkwiące już wcześniej w zespole możliwości. Moim zdaniem jest to materiał przynajmniej o pół kroku ciekawszy niż "Out Of Myself", a fakt, że właściwie żaden z utworów umieszczonych na tej płycie nie narzuca się słuchaczowi może sprawić, że materiał ten dłużej będzie się bronił przed upływającym czasem i ilością przesłuchań. Tak czy inaczej na zakończenie riversajdowej trylogii i konkretne odpowiedzi na pytanie o progresywność zespołu trzeba będzie poczekać do następnej płyty.

/Maurycy N./

__________________________________________________

No i jest. Gorączkowo wyczekiwany następca "Out of Myself". Riverside choć młody, w kraju cieszy się już niemal kultowym statusem. Nic więc dziwnego, że oczekiwania względem tej płyty były ogromne. Szał fanów na pewno dodatkowo motywował muzykantów. Trzeba było udowodnić, że medialny lans nie jest sprawką kółka adoracyjnego i że świat nie kończy się na świetnie przyjętym debiucie. "Second Life Syndrome" nie ma prawa rozczarować. Jeśli pojawiają się obiekcje, to tylko przez chwilę i na początku. Bo Riverside, choć kontynuuje formułę "Out of Myself", lubi wyzwania. Zgodnie z zapowiedziami jest bardziej dynamicznie i metalowo. Ale bez obaw - panowie trzymają się z daleka od hałasu i nadal uwodzą malowniczymi melodiami. Ciężar wzmacnia ekspresję i pojawia się tam, gdzie powinien. Dzięki temu zabiegowi płyta jest bardziej zróżnicowana. Jako esencję obecnego stylu można potraktować rozbudowany utwór tytułowy. Prongowe łamańce swobodnie przekształcają się w emocjonalny wyciskacz łez, a ten przechodzi w psychodeliczny pejzaż. Uwagę przykuwają nie tylko płaczące solówki i ładne melodie, ale również technika instrumentalistów. Wyróżnia się bas, żywcem przeniesiony z Toola, w pamięć wkręcają się delikatne klawisze. Sklejka idealna. Mimo różnorodności nastrojowej, elementy tworzą ciąg przyczynowo-skutkowy. Niełatwy jednak do ogarnięcia za pierwszym razem. "Second Life Syndrome" to płyta nie tylko bardziej różnorodna od poprzedniczki, ale i trudniejsza w odbiorze. Mniej przebojowa i niestety bez następcy "Loose Heart". Dziś Riverside woli komplikować, a nie upraszczać. Subtelny, z marzycielskimi klawiszami "Conceiving You" to wprawdzie ujmujący smutas, obdarty ze smętnego nudziarstwa, jednak w pojedynku balladowej pościelówy prowadzi "I Believe". To jedyna wada tej płyty - brak zabijającego na miejscu emocjonalnego hitu. Ale trudno mówić o rozczarowaniu. Bo w zamian dostajemy nowe pomysły. Równie mocno chwytające za serducho, a często przewyższające triki znane z "Out of Myself". Słychać, że Riverside szybko dojrzewa. Coraz ciekawiej buduje napięcie i tworzy lepsze harmonie gitarowe. Jednak najjaśniejszą gwiazdą jest Mariusz Duda. Śpiewa jeszcze lepiej niż na debiucie. Bardziej różnorodnie, głębiej, a jak ma ochotę to i drapieżnie. Z całą pewnością bez niego płyta straciłaby połowę swej wartości. Wszystkie progresywno-metalowe niewiasty, które urodziły się mężczyznami, powinny rezerwować w naszym kraju turnus odnowy wokalnej. Mamy tu idealnego nauczyciela, który na pewno chętnie udostępni taśmy z nauką śpiewu dla tych, którzy nie potrafią, albo mają problemy z określeniem płci. "Second Life Syndrome" to szkatułka emocji. Bez smętów, pozy i sztampy. Utwory są zróżnicowane i finezyjne aranżacyjnie. Nieważne czy odtwarzacz wyświetla marillionowy, nieco orientalny "After", dynamiczny, "Artificial Smile", liryczny "Coneiving You", ozdobiony anathemowymi melodiami "I Turned You Down" czy prongowy "Reality Dream III". Efekt zawsze jest ten sam. Odurzenie i magia. Nawet jeśli to już nic odkrywczego, muzyka brzmi świeżo. Zresztą Riverside ma coś, czego nie ma konkurencja. Mariusza Dudę - wokalistę z Warszawy.

/Małgorzata G./

__________________________________________________

Hm...czytając niektóre powyższe recenzje śmiem twierdzić, że Polska to naród, który nie potrafi sie cieszyć z dobrodziejstw, które się pojawiają raz na 10 lat. Lepiej posłuchać sobie Mandaryny i innych hiphopolowców by usłyszeć/przeczytać takie komentarze jak wyżej. Zazdrość za nimi przemawia??? Kto nie słuchał rozmowy chłopaków z Piotrem Kaczkowskim, ten się nie dowie jacy są i ile z siebie dali. A co do porównań z Porcupine Tree... polecam wywiad Piotra Kozieradzkiego w nowym numerze Mystic. Dla mnie płyta genialna. Płyta roku 2005 bez dwóch zdań.

/Pink Floydowiec/

__________________________________________________

Dla mnie NIC specjalnego. Kolejny przykład na to, że polskie zespoły nie mogą się - niestety - uwolnić od manii czy obsesji Zachodu. Gdybym nie wiedział, że to polska formacja pomyślałbym, iż słucham jakiejś grupy brytyjskiej, z krajów Beneluksu lub Skandynawii. Muzyka może skomponowana i nagrana w Polsce (choć tego nie wiem) ale nie polska - nie jest oryginalna czy odkrywcza. Jest tylko i aż dobrze zagrana ... i nic więcej.

/Karol M./

__________________________________________________

Po przeczytaniu powyższych recenzji właściwie nie zostaje nic do dodania (oczywiście z wyłączeniem autorów którzy przypadkiem usłyszeli muzykę Riverside, a na co dzień słuchają "piosenki chodnikowej"). Wczoraj dopiero przesłuchałem obie płyty. Rzuciły mnie one na kolana. Do dzisiaj nie mogę się otrząsnąć. Nigdy bym nie pomyslał, że polski zespół, i w Polsce, może wyprodukować taką muzykę. Przestałem się także dziwić, że słuchacze Nocy Muzycznych Pejzaży uznali ostatnią płytę tego zespołu za najlepszą i najciekawszą płytę minionego roku. Z pewnością udam się na któryś koncert w ramach najbliższej trasy koncertowej. Ciekawe jak muzycy dadzą sobie radę z tą muzyką na koncercie. W zasadzie to chyba już skończę. Jednak ciśnie mi się do głowy pewna uwaga. Mianowicie, jak to się stało, że pośród tego wszechogarniającego chłamu, jaki jest lansowany przez praktycznie wszystkie media, w tym nawet naszą Trójkę (oczywiście poza bardzo nielicznymi wyjątkami np. NMP), znaleźli się muzycy którzy grają tak piękną, wieloplanową muzykę. Trudno się im będzie przebić w mediach. Jest to w dzisiejszych czasach chyba nawet niemożliwe. Chociaż tym się mogą chyba nie przejmować. Zainteresowani znajdą Ich i Ich płyty.

/John/

_________________________________________________

Byłem na koncercie „Second LIVE Syndrome TOUR 06” i muszę powiedzieć, że zwala z nóg tak samo jak słuchanie płyt pomimo kiepskiej akustyki małej sali klubowej. Stoi się 1,5 m od kolumn głośnikowych! Ale i tak był to najlepszy koncert na jakim byłem w ostatnich latach. Teraz oczekuję na występ w jakiejś większej sali koncertowej, no nie hali czy stadionie, ale coś co ma jakąś przestrzeń i akustykę. A co do tego że nie mogą się przebić do mediów - ja myślę, że może to i lepiej, bo osobiście nie chciałbym ich

usłyszeć pomiędzy popem i hip hopem pośród codziennej i całodziennej sieczki obecnej w naszych stacjach radiowych, łącznie z Trójką niestety (poza późnymi godzinami wieczornymi w niedziele i czwartki).

/Grzegorz P./

__________________________________________________

Zawsze wydawało mi się, że muzyka SBB, na której się wychowałem, to apogeum możliwości polskiego rynku muzycznego. Pomyliłem się!!! A co najgorsze w tym wszystkim? Wstydzę się, że dopiero nie tak dawno, w lutym 2006, odkryłem coś co zmieniło mój subiektywizm w poglądach - RIVERSIDE - to cudowne przeżycie. Nie chcę przesadzać lecz nie przypominam sobie, aby w ostatnich kilkunastu latach, któraś z płyt (pomijając wykonawców) zdołała mną tak manipulować jak uczyniły to "OUT OF MYSELF" i "SECOND LIFE SYNDROME". Od trzech tygodni tylko dwie płyty, a ciągle coś nowego do odkrycia. Proszę mi wybaczyć ale dla mnie RIVERSIDE to zafascynowanie, ekstaza i nalóg. "SLS" to kolejny krok w przód wykonany z wirtuozowską perfekcją. Burzliwa subtelność o piorunującej mocy. Brawurowe aranżacje potwierdzające, że mamy do czynienia z młodymi, a jakże dojrzałymi muzykami, których nie boję się wznieść na piedestał klasyki. Propagując Riverside wsród znajomych i znajomych mojej córki mówię: "znasz Emerson Lake and Palmer, Pink Floyd, Rare Bird, etc. to uwierz mi, że Riverside rzuci cię na kolana". Jutro 18.04.2006, godz. 21:00 "Bergkeller" w Reichenbach (nieważne, że to 430 km do przejechania) przeżyję to co mną zawładnęło - muzyka Riverside. DZIEKUJĘ!!!

/Janusz-J. Wollek/
 
 
 
 
RIVERSIDE
Second Life Syndrome
CD 33.89 zł